Wiązownica pamięta !!
poniedziałek, 18 listopada 2013 08:34

14 listopada 2013 w naszym Stowarzyszeniu odbyło sie spotkanie z inicjatorami i organizatorami uroczystości odsłonięcia i poświęcenia tablicy upamiętniającej spalenie i zamordowanie przez OUN - UPA w dniu 17 IV 1945 r. mieszkańców wsi Wiązownica i okolicznych miejscowości.". W spotkaniu uczestniczyli: Poseł na Sejm RP Mieczysław Golba, przedstawiciele Społecznego Komitetu Budowy Tablicy wraz z Przewodniczącym Społecznego Komitetu Budowy Tablicy – Tadeuszem Płachetko. W spotkaniu uczestniczył pracownika IPN-u Rzeszów pan dr Artur Brożyniak, który przedstawił rys historyczny tych tragicznych wydarzeń.

 

 

 

Przebieg napadu.

Gdy pełniący społeczną wartę wiejską w Wiązownicy chłopi szykowali się, około czwartej rano do rozejścia się do domów, w lesie w odległości około trzy kilometry od figurki św. Jana Nepomucena, w tzw. Borze Łapajówka, „Zalizniak" wyznaczył na godzinę trzecią w nocy zbiórkę swoich oddziałów i bojówek terenowych oraz części BSB celem dokonania napadu na Wiązownicę. Z grubsza, plan napadu przedstawiał się następująco: do dolnej części wsi, od strony Sanu, miały wejść dwie czoty sotni „Szuma", kilku członków BSB oraz połowa bojówki „Rama". Czota „Tuczy" miała za zadanie zniszczyć Zadworze i zdobyć folwark. Prawdopodobnie koordynacją ubezpieczenia napadu zajmował sie Hryhorij Mazur ps. Kałynowycz, który wówczas był człowiekiem do specjalnych zadań „Szuma". I tak: bojówka „Chwyła" miała ubezpieczać napad od strony Sieniawy na moście na Lubaczówce w Manasterzu. Druga część bojówki „Rama" miała z kolei chronić napastników od strony Szówska i Piwody przy figurce św. Jana. Dodatkowo na przyległym tzw. Skotniku ustawiono granatnik.

Na akcję grupa „Zalizniaka" wyruszyła z Boru Łapajówka około czwartej w nocy. Sotnia dostała się w rejon rzeki San przed piątą godziną idąc tzw. „Wielkim rowem" położonym między Wiązownicą i Nielepkowicami gęsiego i w jak największej ciszy. Na czele szedł „Szum", kolumnę zamykał „Zalizniak" wraz ze swoją ochroną. Będąc w okolicy folwarku pozostawiono czotę „Tuczy" z dowódcą sotni „Szumem", a reszta z „Zalizniakiem" włącznie rozstawiła się od strony Sanu, od folwarku do Cerkwi, czyli mniej więcej do obecnej siedziby Urzędu Gminy.

Gdy łącznik zakomunikował „Szumowi", że grupa „Zalizniaka" gotowa jest do napadu tenże rozpoczął, serią z karabinu maszynowego, natarcie na folwark, a „Zalizniak" z podległymi pociskami zapalającymi zaczęli mordowanie ludności i palenie gospodarstw. Strzelcy wtargnęli do śpiącej wsi. W folwarku, wówczas częściowo otoczonym murem, a ściślej mówiąc na górnej kondygnacji Spichrza, kwaterowało 28 żołnierzy z 2. zapasowego pułku piechoty Wojska Polskiego. Grupa „Szuma", mimo przewagi liczebnej w ludziach i korzyści wynikającej z efektu zaskoczenia, nie zdołała wejść do środka dworzyska. Obrońcy stracili jednak czterech żołnierzy. Polegli – sierż. Stanisław Kuczyński, kpr. Władysław Adamowicz, kpr. Arkadiusz Downar i szer. Mikołaj Sawicz, a dwóch (NN) zostało ranionych28. Poległ tutaj też jeden z napastników. Mimo, że „Szum" nie zdobył folwarku to jednak skutecznie uniemożliwił przyjście żołnierzom z pomocą gorejącej wsi.

Nie był to jednak, tak naprawdę typowy napad, do jakich przyzwyczajono nas później. Przede wszystkim wieś palono pociskami zapalającymi (fosforowymi), pożary wzniecali też tzw. „zapalacze", którzy wykorzystywali do tego snopki słomy. Ponieważ część upowców była ubrana w polskie szynele żołnierskie, niejednokrotnie Polacy zwracali się do nich o pomoc, a znajdowali śmierć. Ludność ginęła głównie od postrzałów z broni oraz wskutek uduszenia i od żaru, w większości, w piwnicach. Część uciekających próbowała dotrzeć do Sanu jednak dostęp do niego był obstawiony przez strzelców upowskich i na jego przedpolu ginęli.

 W zasadzie nie było bezczeszczenia zwłok, przede wszystkim z tego powodu, że nie wystarczało na te praktyki czasu. We wsi panował wielki chaos i ulice zapełniały się uciekającymi w różne strony ludźmi i zwierzętami, które rycząc, kwicząc, piszcząc, szczekając potęgowały grozę. Nad wsią wzlatywały kłęby dymu i sadzy, na niebie widoczna była wielka łuna. Po pierwszych strzałach i po wznieceniu pożarów do wsi weszła grupa cywilów ukraińskich, których jedynym zadaniem była grabież. Ta sytuacja spowodowała zerwanie się łączności za pomocą łączników między grupami „Szuma" i „Zalizniaka". W tym stanie rzeczy nie było sposobu ani żadnej siły mogącej zapobiec tragedii, albowiem na Zasaniu nie było zorganizowanego przez władzę administracyjną i milicję sytemu ochrony wsi przed napadami zbrojnymi. Pierwszym, który próbował coś zaradzić i powstrzymać napastników, był ksiądz Józef Miś – proboszcz parafii. On to w końcowym etapie napadu, gdy upowcy niemalże byli tuż przy plebanii zorganizował obronę części wsi środkowej i górnej. Proboszcz gdy usłyszał zbliżające się strzały pośpiesznie udał się na posterunek milicji (będący poza zasięgiem napadu), skąd wraz z kolejnymi ochotnikami do walki zabrali 15 karabinów i amunicję. Według jego zeznań z 1959 r. w tej grupie było kilku gospodarzy i trzech milicjantów. Mając w rękach broń zasadzili się na upowców w rowie koło byłej mleczarni. Tę wersję, w zasadzie, potwierdza Władysław Broda, który zbudzony przez żonę, wziął karabin i szybko wybiegł ze swojego domu położonego prawie na przeciwko posterunku. Dalej wspomina on, że na tyłach kościoła spotkał ks. Misia, który krzyknął do niego: Władek, patrz na podwórzu plebanii są już banderowcy" i następnie rozkazał: „Władek strzelaj". Należy podkreślić znaczenie tych słów, albowiem wynika z nich, iż pierwsze strzały obrońcy wsi oddali, gdy napastnicy spalili i splądrowali dolną część wsi (poza czotą „Tuczy", która nadal ostrzeliwała Spichrz). Niebawem zjawił się nauczyciel miejscowej szkoły Józef Ochęduszko, który razem z ks. Misiem komenderowali strzelającymi i wskazywali uciekinierom drogę do ucieczki. Z biegiem czasu, w rejonie dzisiejszego połączenia drogi spod szkoły i głównej – do Szówska przybywało obrońców. Z dostępnych źródeł historycznych udało mi się zidentyfikować 25 członków tej grupy, w tej części wsi. Jednymi z pierwszych byli: Andrzej Naspiński i Franciszek Jarosz.

Kolejnymi, dołączającymi na różnych etapach obrony – Franciszek Biały, Jan Broda*, Stanisław Broda, Stanisław Babiarz, Józef Kubejka, Mieczysław i Tadeusz Glinakowie, Michał Kasia, Tadeusz Kasia*, Stanisław Krzywiński, Józef Magdziak*, Władysław Magdziak, Jan Naspiński, Józef Płachetko, Stanisław Płachetko*, Jan Puka, Piotr Skrzypek, Stanisław Socha (dowódca b. II plutonu), Kazimierz Stempak* (przybył z karabinem maszynowym) i Józef Wójcik.

Pewne trudności nastręcza określenie momentu włączenia się do obrony wsi Bronisława Gliniaka. Jego dom rodzinny położony był na wschód od byłej mleczarni i być może w nocy w nim spał. Wielu wspominających podkreśla, iż „biegł z [domu?] na bosaka trzymając pistolety w obu rękach", i że znalazł się w otoczeniu ks. Misia. Gdyby tak było, to byłoby naturalne, iż to on przejąłby organizację obrony. Na pewno wiemy, iż w tym miejscu było „dwóch Gliniaków" (Mieczysław i Tadeusz). Tym czasem, nie ma wątpliwości, iż później, w kierunku na „Garb", on już dowodził ludźmi z Piwody. Wydaje się logiczne, iż mógł biec od razu w kierunku figury św. Jana i tę scenę mogli widzieć obrońcy „spod mleczarni". Jednak w tym stanie wiedzy, nie jest możliwe rozstrzygnięcie ostateczne tej kwestii.

Obrońcy szybko stali się kilkudziesięcioosobową grupą, która dysponowała znaczną siłą ognia. Będąc poza bezpośrednią strefą napadu upowców swoim ogniem, według późniejszych przekazów, z pozytywnym skutkiem udaremniła zniszczenie części środkowej i górnej wsi. Obrońcy byli ostrzeliwani z dwóch kierunków: od strony cerkwi przez część grupy „Zalizniaka" oraz od strony Łapajówki przez granatnik stojący na Skotniku i część bojówki „Rama", która przebywała obok figurki św. Jana.

Po około półtorej godziny od początku napadu, według przekazów ukraińskich, gdy cel został osiągnięty tj. wymordowano ludność, spalono i obrabowano dolną część wsi, przy kończącej się amunicji i coraz wyraźniejszej kanonady Polaków od strony szkoły „Zalizniak", przebywający już w okolicy drogi na Radawę32, jako wytrawny strateg dał: (...) rozkaz wycofania się przez umocnienia i bunkry wroga do niedalekiego lasu. Dodajmy, iż nie było żądnych tych umocnień, co najwyżej, te wynikające z naturalnego ukształtowania terenu. Z uwagi na brak łączności z grupą „Szuma" atakującą ciągle Spichrz, ten rozkaz nie dotarł do nich. Odwrót komplikowali Ukraińcy z kuszczy, którzy polami między Wyczawą i Bednarowem (bliżej potoku) gnali zrabowane zwierzęta domowe, a drogą na Łapajówkę (Radawę) wozami konnymi przewozili skradziony dobytek i płody rolne Wiązowniczan.

Dopiero po pewnej chwili od rozpoczęcia wycofywania się grupy „Zalizniaka" do ks. Misia przybiegł Michał Kasia z informacją o nadciągającej pomocy z Piwody. Była to bliżej nieokreślona liczbowo kombinowana grupa składająca się z części oddziału Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (NOW) Bronisława Gliniaka ps. Radwan (siedmiu żołnierzy oddziału, bez dowódcy?), części drużyny byłego II plutonu placówki nr 5 AK z Szówska (m.in. Andrzej Pryjda, Stanisław Pryjda i Szczepan Żołyniak) i uzbrojonych mieszkańców wsi. Prawdopodobnie, mniej więcej w tym samym czasie, od strony Szówska dołączali do ks. Misia pojedynczy ludzie mający broń i pewne doświadczenie wojskowe wynikające z dawniejszej przynależności do AK. Większą grupkę ludzi przyprowadził Tadeusz Zarzecki, przybyli Walenty Petryna i Józef Foryś, a także z kilkoma osobami Ludwik Reichel (powiadomił go Władysław Socha, zresztą mieszkaniec Wiązownicy). Pojawiające się informacje o udziale w obronie zwartego plutonu AK z placówki w Szówsku budzą niemałe kontrowersje. Uczciwie sprawę tę przedstawił komendant jarosławskiego Obwodu AK pisząc we wspomnieniach ogólnie, iż: (...) wkrótce przyszła odsiecz z sąsiedniej wsi Szówsko (...). Gdyby został przyprowadzony zwarty oddział, niechybnie napisałby o tym.

Nadciągającą pomoc z Piwody najpierw ujrzeli bojówkarze z „Ramy" „ubezpieczający" napad od strony wschodniej. Po wstępnej wymianie ognia widocznie wystraszyli się i pośpiesznie wycofali się w kierunku Łapajówki zabierając na wierzchu konia granatnik ze Skotnika. Natomiast żyjący obrońca Wiązownicy Stanisław Pryjda twierdzi, iż tenże granatnik dostał się w ręce obrońców z Piwody gdzie też i został zaciągnięty. Po napadzie mieszkańcy wsi mogli go oglądać na podwórku Michała Długonia. Nie ma żadnego powodu nie wierzyć w jego relację. Bojówkarze, po odwrocie ulokowali się na skraju lasu Łapajówka i ogniem ochraniali odwrót grupy „Zalizniaka", bo jej tyły zaczęła ostrzeliwać grupa ks. Misia i Ochęduszki. Byli oni w pogoni za „Zalizniakiem" aż do wysokości przepustu potoku Wyczawa pod drogą na Łapajówkę nie wyrządzając im większej krzywdy. Jednak silny ostrzał z lasu w praktyce uniemożliwił dalszy pościg i dlatego grupa musiała zawrócić w kierunku Wiązownicy, natomiast „Radwan", już po przejęciu dowództwa nad grupą z Piwody, zdecydował sie rozpoznać rejon Lasu Sieniawskiego zwany „Garbem". W międzyczasie grupie „Szuma" ciągle ostrzeliwującej Spichrz zaczęło brakować amunicji i ten dowódca postanowił zaniechać dalszego ataku, tym bardziej, że na kierunku wschodnim ucichły strzały. Ponad 30 osobowa czota „Tuczy" ubrana jednolicie w polskie szynele wojskowe wyszła na drogę (Szówsko – Nielepkowice) w rejonie cmentarza. Było to już, gdy „Zalizniak" był w Łapajówce. Zauważyła ją grupa zorganizowana przez ks. Misia i Ochęduszkę wracająca z pościgu za „Zalizniakiem". Po zorientowaniu się, że to napastnicy zaczęli ich ostrzeliwać równocześnie zbliżając się polami do przysiółka Bednarowo. Wywiązała się strzelanina. W jej wyniku nacjonaliści stracili w rejonie cmentarza jednego ze swoich strzelców. W tej sytuacji upowcy zaniechali bezpośredniego dojścia polami do przeciwległego lasu i postanowili ponownie skorzystać z „Wielkiego rowu". Ich odwrót osłaniał strzelec z karabinem maszynowym, według niektórych – ulokowany na jednej z lip alei w Bednarowie. W rejonie krzyża (stojącego na styku alei „wschodniej" i drogi relacji Szówsko – Nielepkowice) stracili kolejnych dwóch strzelców.

Po pewnym czasie ustaliły się następujące pozycje wyjściowe: grupa „Szuma" – za niewielkim wzniesieniem z krzakami wzdłuż „Wielkiego rowu", tj. za aleją „zachodnią"; grupa zorganizowana przez ks. Misia i Ochęduszko, a jak wydaje się już dowodzona przez Reichla, przy alei „wschodniej" Bednarowa, zaś grupa „Radwana" u północnego szczytu tych alej, bliżej lasu. W tenże sposób zaistniała możliwość okrążenia upowców. Polacy ciągle przemieszczali się chcąc znaleźć jak najlepsze dla siebie pozycje do ostrzału. Natomiast upowcy ostrzeliwując się konsekwentnie podążali „Wielkim rowem" na północ w kierunku lasu.

Podczas dochodzenia Polaków do alej Bednarowa został trafiony w lewą część klatki piersiowej Jan Broda44, a także, w nogi jego sąsiad w szeregu – Andrzej Naspiński. Polakom udało się zastrzelić obsługującego km". Podczas walki między alejami ciężkoranny został Stanisław Socha oraz Władysław Cukierda. W tejże niemal samej chwili, serią z automatu został „przeszyty" przez upowców celowniczy karabinu maszynowego Diegtariowa Józef Magdziak. W nogę i dłoń ranny został Ludwik Reichel. Ciężkie rany odnieśli: Tadeusz Kasia i Stanisław Płachetko. Obaj zmarli w szpitalu w Jarosławiu. Socha i Kasia zostali pochowani w Jarosławiu. To starcie zakończyło się przed ósmą rano. W pewnym momencie (nie udało się ustalić godziny), gdy jeszcze terkotały karabiny maszynowe w Bednarowie, a nad Wiązownicą unosiła się łuna – milicjanci z Sieniawy i kilku członków oddziału poakowskiego Jana Totha ps. Mewa46 postanowili przyjść z odsieczą. Zostali oni jednak ostrzelani w okolicach mostu na Lubaczówce przez bojówkę „Chwyła". Polacy zostawili tutaj dwóch poległych byłych akowców (obie strony były zgodne w tej sprawie) i według nacjonalistów sześciu rannych. W rezultacie nie pomogli Wiązownicy. Wsi także nie pomogli żołnierze z 2. pułku zapasowego stacjonujący w Jarsławiu, którzy w liczbie 40. zjawili się na dwóch samochodach ciężarowych gdy ustały już walki w Bednarowie.

Po napadzie upowcy przemieścili się z rejonu Łapajówki do ziemianek w rejonie przysiółka Mołodycza – Chrapy. Tam na nich czekała ounowska służba sanitarna na czele, której stał Mychajło Macełko ps. Monomach. Po kilku dniach sotnia zakwaterowała w ziemiankach w lesie na południe od przysiółka Maczugi i na północ od Szczebiwołek.Podsumowując, mogę stwierdzić, iż podczas walki z napastnikami poległo lub zmarło od odniesionych ran siedmiu następujących obrońców: Michał Kasia, Tadeusz Kasia, Józef Magdziak, Michał Orzechowski, Stanisław Płachetko, Stanisław Socha i Mateusz Tomas. Dalszych pięciu zostało rannych. Byli nimi: Jan Broda, Józef Cukierda, Andrzej Naspiński, Ludwik Reichel i Zbigniew Zieliński. Strona ukraińska, po latach przyznawała się do od 8. do 13. zabitych i od 13. do 17. rannych z tym, że z nazwiska znanych jest 7. zabitych i 3. rannych. Wszyscy oni zginęli w okolicy Spichrza, cmentarza i Bednarowa. Biorąc pod uwagę, iż liczyła ona około 30. strzelców, można stwierdzić, iż jej straty osobowe były ogromne. Nie mogę w tym miejscu przypomnieć o czterech zabitych i dwóch rannych żołnierzach podczas walki w dworzysku, o których pisałem wcześniej.

Reasumując mogę stwierdzić, co następuje:

1. Napadu dokonała grupa zbrojna nacjonalistów ukraińskich licząca około 160-170 ludzi. W jej skład wchodziły: sotnia „Szuma", dwie bojówki terenowe OUN-SD – „Rama" i „Chwyła" oraz część bojówki SB „Borysa".

2. Wieś nie miała zorganizowanej stałej obrony. W jednym z budynków dworzyska kwaterowała 28. osobowa grupa żołnierzy z 2 zapasowego pułku piechoty, która zaszachowana ogniem napastników nie była w stanie przyjść z pomocą wsi. W końcowym etapie napadu, ks. Miś i Ochęduszko zorganizowali ad hoc do obrony wsi grupę zbrojną z mieszkańców, przede wszystkim z Wiązownicy, nie większą niż 30 osób. Po rozpoczęciu walki przez nią, z pomocą przyszła z Piwody około 30. osobowa grupa uzbrojonych osób, wśród nich byli też członkowie oddziału NZW „Radwana" i z byłego plutonu AK. Z Szówska dotarło kolejnych kilkanaście uzbrojonych osób, które przyprowadzili osobno T. Zarzecki i L. Reichel. Łącznie, więc Polacy dysponowali, do obrony wsi „pospolitym ruszeniem" składającym się z nie więcej niż 72-80 ludzi.

3. Napad rozpoczął się o 5 rano. Zasadnicze palenie gospodarstw i mordowanie ludności trwało około dwie godziny. Walka obrońców polskich z czotą „Tuczy" w przysiółku Bednarowo trwała od około 7.00 do 8.00.

4. W trakcie walki pod Bednarowem Polacy stracili siedmiu zabitych i mieli pięciu rannych, natomiast nacjonaliści ukraińscy stracili nie mniej niż ośmiu zabitych i mieli dwucyfrową liczbę rannych.

5. Duże straty osobowe i materialne we wsi spowodowane były bezkarnością napastników wobec braku jakiejkolwiek obrony w godzinach 5.00 - 6.30.

6. Stosunkowo większe straty osobowe upowców można tłumaczyć tym, że zasadnicza walka odbyła się w Bednarowie, a tam, w tym czasie, dwukrotnie większą siłę bojową posiadali Polacy.

Ofiary i straty materialne wsi.

Kwestię liczby i wykaz imienny ofiar mieszkających i przebywających w Wiązownicy osób omawiam w kolejnym artykule pt. Liczba i lista imienna pomordowanych i poległych Polaków 17 IV 1945 r. we wsi Wiązownica. Tutaj tylko podam, iż ustaliłem 110 ofiar z imienia i nazwiska (bez żołnierzy). Biorąc pod uwagę kształtującą się sytuację we wsi przed napadem, i jego charakter należy szacować, iż łączna liczba ofiar (łącznie z obrońcami) mogła wynieść 130-140 osób. W sprawie liczby osób, które odniosły rany mamy większy problem, także z ich identyfikacją. Nie zawsze można było zachować w pamięci na przykład drobniejsze urazy i nie każdy o nich chciał mówić. Nie mniej jednak udało mi się znaleźć informacje, iż rany odniosło, co najmniej siedem osób, tj. Stanisław Gliniak, Maria Golba, Jan Kasia, Anna Kruk, Józef Naspiński, Stanisław Skrzypek oraz Władysław Socha.

Jeżeli chodzi o straty materialne, to zachowały się dwa dokumenty, w których je określono. Jednym z nich, było pismo Starostwa Powiatowego w Jarosławiu z 23 lipca 1946 r. Podano w nim, iż spaliło się 151 gospodarstw o łącznej wartości 726 tys. złotych48. Drugie, późniejsze, bo z 1958 r., to wytworzone przez Prezydium GRN z Wiązownicy. Z niego możemy bardziej dokładnie dowiedzieć się o stratach, m.in. materialnych. Tak więc, spaleniu uległo 130 zabudowań o wartości 8,4 mln zł (w ówczesnym pieniądzu), skradziono: ponad 300 koni i krów o wartości 1,2 mln zł; 250 świń o wartości 250 tys. zł oraz 78 t zbóż i innych płodów rolnych na wartość 234 tys. zł49. Łącznie więc straty wynosiły około 11,4 mln zł. Spaleniu uległa część Wiązownicy „dolnej" od Zadworza (włącznie) do gospodarstwa Edwarda Polita (obecnie Wiązownica 244).

Jeżeli można byłoby tutaj coś dodać to to, że w przedwojennej Wiązownicy było 310 gospodarstw, z tego w części spalonej, tj. do cerkwi chyba nie więcej niż 140. Ponieważ nie wszystkie domostwa spalono należy domniemywać, że zgorzało trochę mniej niż 125 domostw.

Podsumowanie

Z jakiejś dziwnej przyczyny w polskiej nauce dotyczącej tematyki stosunków polsko-ukraińskich w okresie II wojny światowej i po –, brak jest monografii całościowej ujmującej i weryfikującej straty polskie poniesione z rąk nacjonalistów ukraińskich. Co prawda istnieje wiele cząstkowych opracowań, ale nie dają się one w prosty sposób zsumować ze względu na przyjęte różne metodologie badań i różne kryteria. Gdyby wyeliminować morderstwa Ukraińców służących w formacjach niemieckich w czasie wojny, to okazuje się, iż mord w Wiązownicy był największą jednorazowo dokonaną zbrodnią wojenną dokonaną przez nacjonalistów ukraińskich z OUN-SD i UPA na terenach dzisiejszej Polski. Przy tym należy podkreślić, iż w marcu 1944 r. więcej zamordowano Polaków w Smoligowie (pow. Hrubieszów), Wasylowie i Tarnoszynie (pow. Tomaszów Lubelski), ale brali w nich udział Ukraińcy służący w formacjach niemieckich. Jest zrozumiałe, że nie wolno różnicować i np. gloryfikować większej skali zbrodni, bo każda ofiara, to tragedia. Jednak z uwagi na to, że panuje w tym względzie jakaś, chyba cicha zmowa, żeby mord w Wiązownicy puścić w niepamięć – należy uszeregować największe zbrodnie nacjonalistów ukraińskich na dzisiejszych terenach Polski. Niezależnie czy mówimy o śmierci w Wiązownicy 91, 106, 113 czy, wg wyliczenia w niniejszym artykule - nie mniej niż 130-140 osób była to najbardziej liczna jednorazowa zbrodnia zbiorowa. W następnej kolejności były to w: Łubcze (pow. Tomaszów Lubelski) – 90; napad na pociąg na trasie Bełżec – Lubycza Królewska w miejscowości Zatyle (powiat Tomaszów Lubelski) – 73; Borownica – 61 (pow. Przemyśl) i Rudka – 60 (pow. Lubaczów) zabitych. Sposób wymordowania mieszkańców i liczba ofiar, upoważniła, przywoływanego już w artykule, prokuratora Marka Sowę z IPN do konkluzji, iż: Ustalenia śledztwa wskazują na to, iż sprawcy atakując Wiązownicę zmierzali do likwidacji tej miejscowości i zabicia jej mieszkańców z uwagi na ich polską narodowość, stąd ten czyn wypełnia znamiona zbrodni ludobójstwa.

żródło: MIECZYSŁAW SAMBORSKI Największy jednorazowy mord na Polakach na terenie dzisiejszej Polski w Wiązownicy dokonany przez nacjonalistów ukraińskich w dniu 17 IV 1945 r. Wiązownica pamieta - wiązownica 2013 s.16-19

 

Polecamy

 _b_b63a207b51597760944f524f11a98736 Copy

krs

Naszą witrynę przegląda teraz 5 gości 
Odsłon : 312775